poniedziałek, 24 lutego 2014

Zaklad pracy

W pokoju z takimi oknami, czuje jakbym pracowala w wiezieniu... choc to tylko pokoj zabaw

Skracanie

A co powiecie na stwiterowanie tego bloga troche? Chce sprobowac troche inna formule... ta jednak nie bedzie miala polskich liter. Za to bedzie czesciej i wiecej zdjec :)

sobota, 18 stycznia 2014

Odczarowanie

No i odczarowało mi trochę tą Polskę. Było super, trochę czasu dla siebie, trochę czasu dla rodziny, mogłam odpocząć i nie myśleć o pracy (pierwszy urlop od momentu końca macierzyńskiego!!). Zapomniałam jak w Polsce może być zimno, choć trzeba przyznać, że łaskawie nas pogoda potraktowała. Zapomniałam jak ja bardzo nie lubię mieć zimnych stóp, jak ja bardzo nie lubię się ciepło ubierać i po trzech tygodniach już tęskniłam do tych moich upałów i zastanawiałam się, jak ja kiedyś cały sezon wytrzymywałam?!?!
Święta były wspaniałe. Klara mogła doświadczyć prawdziwie polskiej, świątecznej atmosfery. Z ubieraniem choinki, z stajenką, z odpakowywaniem prezentów. Bardzo się cieszę, że moje dziecko tego doświadczyło, bo uświadomiłam sobie jak to dla niej ważne, i chyba będzie nam łatwiej teraz spędzać święta gdziekolwiek indziej, bo wiem, że Mała musi mieć zorganizowane wszystko, od choinki, po stajenkę i prezenty. Przyszłe święta chyba w Ghanie.
Gdy wyjeżdżałam z Polski, tęskniłam już za sobą tutaj. Już chciałam być w domku, już praca mnie goniła e-mailami. Ale ciężko się wyjeżdżało nie wiedząc, kiedy następny raz się zobaczymy. W tej chwili jestem w takim stanie, że jak tylko będę wiedzieć, że raz na rok uda nam się spotkać z dziadkami, obojętnie gdzie to wszystko będzie ok. Więc jak tylko zaczęłam rozpakowywać walizki, musiałam sobie poukładać plan i jak wszystko pójdzie dobrze, to wrzesień/październik/listopad na krótko z Klarą może w Polsce wylądujemy. To zależy wszystko od mojej pracy i oczywiście finansów. Rodzinnie mamy zamiar przylecieć w lato 2015, na dłużej, bo John już zapomniał jak Polska jest piękna w lipcu/sierpniu.
Choć jak pisałam odczarowało mi Polskę. Tęsknię oczywiście za rodziną i przyjaciółmi, trochę lepiej się robi zakupy, więcej rzeczy dostępnych, ale już nie ma tej tęsknoty za mitycznym jakimś lądem, gdzie mleko i miód i te sprawy...

A po powrocie same dobre wiadomości. Szkoła mi zaproponowała awans i pełny etat. Od września będę Head of Therapy Team (czyli coś w rodzaju wice dyrektor ds. Terapii). Podwyżka i te sprawy. Dyrektorka powiedziała, że może nawet od kwietnia jak będę chciała. Rodzina u której pracuję chciała mnie wziąść na tygodniowe szkolenie do USA, problem w tym, że dowiedziałam się w czwartek a w sobotę miał być wylot, a ja nie mam wizy w paszporcie, i nawet przy ich znajomościach nie da się wizy w dzień załatwić. Więc niestety nie poleciałam. Ale dobrze i do przodu... powolutku, pomalutku... Dobrze się ten rok zaczął... 

sobota, 26 października 2013

Tiger news

Teraz już official, official... lądujemy z Klarą 12.12 (czwartek) o 10:05 w Katowicach. Niestety, w obecnej chwili wszystko wskazuje na to, że John z nami nie przyleci tego dnia i nawet nie wiadomo, czy doleci do świąt. Niestety, nic nie możemy zrobić, musimy cierpliwie czekać aż daty egzaminów zostaną podane i wtedy będziemy wiedzieć czy doleci, czy będziemy spędzać święta osobno, czego BARDZO, BARDZO nie chcemy. Opuszczać Polskę będziemy 10.01 gdzieś w okolicach 7:00 rano.
W związku z naszym przylotem do Polski bardzo prosimy o udostępnienie w miarę możliwości zimowych ciuchów na ten okres. Tak, nie mam się w co ubrać w Polsce. Najcieplejsze swoje ciuchy (jeansy i bluza z długim rękawem) zarzucę na siebie na podróż. Mam jakiś zimowy płaszcz w domu, ale w jednych jeansach i trampkach pomykać miesiąc nie mogę. Gdyby ktoś miał coś na zbyciu to proszę dać znać. Dodatkowo, gdyby ktoś akurat robił porządek w szafie z letnimi ciuchami i miał coś do oddania to ja też chętnie przyjmę. Taki ze mnie ciuchowy żebracz. Niestety w momencie mojego pobytu w Polsce nawet w ciucholandach ciężko będzie znaleźć letnie ciuchy.
Do mam dziewczynek starszych niż 3 latka zwracam się natomiast z prośbą o wspomożenie Klary w jej pobycie w Polsce. Kochana Dorotka już coś nam naszykowała, a babcia załatwiła już fotelik do samochodu, ale zimowe ciuszki dla dużej dwu i pół latki na czas świąteczny przyjmniemy. Analogicznie, ciuchy letnie dla Klary też przyjmniemy, co by jej szafę zaktualizować. W Akrze niestety ciężko dostać normalne ciuchy dla dzieci w rozsądnych cenach. Jeden Mr. Price (taki południowo afrykański H&M), ale jakoś ciuchów okropna, a drogie to bo sklep obsługuje głównie expatów, a wiadomo, Ci mają kasę.
Mamy lokatorkę w domu. Kumpela z szkoły się tułała i nie potrafiła nieczego znaleźć, więc póki się nie ogarnie i nie znajdzie jakiegoś stałego lokum pomieszkuje u nas. Klara bardzo swoją nową ciocię lubi, i trzeba przyznać mieszkanie z nią uciążliwe nie jest. W porównaniu z inną Amerykanką, która u nas była w marcu, to sielanka. Napisałabym więcej, ale muszę iść ogarnąć mieszkanie... trzeba skorzystać z okazji, że dziecko u babci za płotem a tata pojechał gdzieś....
A z racji tego, że Klara prawdziwym tygrysem jest, wczoraj na imprezę Haloweenową za owego przebrana została. Jej mama jednak gapa, zdjęć nie zrobiła... Musicie mi uwierzyć, że była najsłodszym, małym tygrysem EVER!...


poniedziałek, 21 października 2013

back to the future

It's official... 13 grudnia ja i Klara lądujemy w Katowicach o 15:10 (mamy 3h przesiadki w Warszawie, więc jakby ktoś tak chciał przyjść nas na lotnisko odwiedzić to zapraszam). Będziemy cieszyć się (sic!) zimą do 8 stycznia. Zostałam jednak przez moich rodziców upomniana, że żadnych planów nie mam robić, mam siedzieć w domu, a jak ktoś chce nas odwiedzić to jest jak najbardziej mile widziany ("ty se jedź, ale Klarę nam zostawisz w domu" tak dokładnie brzmieli)... John może przyleci z nami, może kilka dni później... jeszcze nie wiemy.... już się nie potrafię doczekać na odwiedziny Polski, na zobaczenie Was wszystkich.... posmakowanie normalności..i na polskie święta.... seeya...

ps. Szafran, Brzózka.... Sylwester razem?

piątek, 20 września 2013

jacky

Robi się cieplutko u nas. Dzisiaj o 16:00 na werandzie (w cieniu) było 32st. W końcu się człowiek może trochę ogrzać w słoneczku, bo w ostatnie trzy miesiące trochę wymarzłam. I zaczyna się sezon... powinnam powiedzieć wiatraków, ale chyba bardziej po mojemu fanów. Jako, że na klimę nas w domu nie stać (jeszcze) w centralnym miejscu na suficie zamiast lampy jest wiatrak, który oczywiście skrecąc się przynosząc trochę orzeźwienia. Przez ostatnie trzy miesiące był unieruchomiomy, ale już teraz zaczyna się kręcić. Pogoda basenowa wróciła!! Jeszcze co prawda przyjdą deszcze na przełomie października/listopada, ale będą już coraz częściej ciepłe dni, czy tam gorące.
Z gorąca do gorąca. Mamy trzecią Klarową malarię. Mamy... bo oczywiście jak dziecko chore cały dom chory. Mama się martwi, tata wciska jedzenie (a nie, to to normalnie), to... tata robi zimnie okłady, mama wciska tabletki tam gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, tata wciska jedzenie i robi zimne okłady, znowu. Dzisiaj po południu tak z nia leżałam, ona na mnie, i najwspanialsze było to, że mogłam z nia być, że nie musiałam być w pracy, że mam perspektywe czterech dni w domu (nie napiszę, że wolnych, bo dużo pracy przy kompie, ale w domu) i że mogę z nią sobie chorować, a nie się martwić czy Aunty Bea dała jej leki, jaka gorączka itp.
Cztery dni wolnego bo w poniedziałek święto... znaczy święto wypada w sobotę, urodziny Kwame Nkurmaha, pierwszego prezydenta, który pokojowo wywalczył im niepodległość, ale, że Ghańczycy lubią wolne, to zasada taka, że jak święto wypada w weekend to w poniedziałek je odrabiamy, czyli nie idziemy do pracy. Dobrze, że jestem już na kontrakcie w szkole, i nie mam płacone od dnia i mogę świętować a wypłata na koniec ta sama.
I wspomniałam o Aunty Bea. To Klarowa opiekunka o której chyba jeszcze nie pisałam. Do niedawna była tylko Bea, ale Klara zaczęła ją tak wołać i w sumie to nie dokońca w porządku, że taki mały człowiek do dorosłego człowieka po imieniu więc została Aunty (ciocia). W tej kulturze tym bardziej. Ghańczycy są tak skoncentrowani na rodzinie, że podobne relacje ustawiają sobie w pracy. Menadżer w pracy jest dla nich jak ojciec, do właścicielki mówią mamusiu, w szkole dzieci do nauczyciela mówią per ciociu i wujku. Na początku miałam zdziwko, ale już się przyzwyczaiłam. A dotarło to do mnie, jak przyszłam do domu mojej pracodawczyni, Ghanki, ale wychowanej w UK, matki Kobsa, autystycznego chłopca, którym się zajmuję i się mnie spytała jak dzieci mają do mnie mówić: aunty, madame, misses? Ja odparłam, że może po imieniu, a ona „o nie! Jesteśmy w Ghanie, tu tak nie można!”. Takie standrdy.
Mój mąż ma różne pomysły, na przyjazd do Polski, i ja bym tego bardzo chciała, ale... Jak powiedział, że on szuka opcji, że sie stara coś załatwić, to przez chwilę poczułam się tak dziwnie... tak, jakbym miała znowu zostawić swój świat. Bo jak tu przyjechałam, to myślałam, że to będzie tak tylko na przeżycie... nie lubiałam swojej pracy... a teraz? Mam super pracę, fajnych ludzi wokół, znajomych (nie Przyjaciół, bo takich jest tylko kilku i są niestety na wschodniej stronie mocy), ale coś tu już mam, ciężko przez ten rok pracowałam godząc jedną pracę, drugą pracę, szukanie innych opcji z życiem rodzinnym i przez moment było mi przykro, że być może to wszystko zostawimy. Bo szkoła moja ma poważne plany, chcą mnie na etat, chcą otworzyć centrum diagnostyczne (coś jak poradnie psychologiczno-pedagogiczną, tylko, że prywatną) kupuję mi Wechslera po angielsku... i choć tęsknię za wszystkimi i w minutę bym się spakowała, żeby wrócić... takie łatwe to nie będzie jak mi się wydawało rok temu, znowu będę coś porzucać i kogoś zostawiać... może nie Kogoś, ale zawsze jednak....


Ps. Słucham właśnie Jacka Johnsona... dawno nie słuchałam... zapomniałam jak ta muzyka na mnie działa... łata dziury w Czesiu...

niedziela, 8 września 2013

1D

Minął tydzień mojego „nowego życia” a już zaczynają się nowe sensacyjne pomysły. Miałam dzisiaj pisac trochę o życiu w Akrze, o Libańczykach i Chińczykach, chciałam zacząć pisać więcej o tym co dookoła, a znowu będzie o nas. Bo John wymyślił rewolucję, która mi się bardzo podoba, ale jest tridna do zrealizowania. Mój mąż chce w przyszłym roku składać papiery na studia w Polsce. Ubiegać się o stypendium dla obcjokrajowców. Pomysł super, ale jak go tu realizować? Bo ja ciężko ten rok pracowałam, żeby być w tym miejscu, w którym jestem. Żeby mieć pracę w zawodzie za satysfakcjonujące pieniądze i wolne weekendy. I dopiero pierwszy tydzień, który rozkoszowałam, a tu znowu na horyzoncie zmiany. W pierwszej chwili miałam myśli, że ja się nigdzie nie ruszam. Że będę za Ghaną tęsknić, za życiem tutaj, za tymi kilkoma znajomymi... naprawdę. Uświadomiło mi to, że trochę te korzenie już się wbijają w ziemię, że ciężko będzie wyjeżdżać.Ja tęsknię za Polską, bardzo, ale do momentu, w którym widmo wyjazdu stąd się nie pojawiło myślałam, że TUTAJ jest niefajne, a jednak... chyba to już mój dom, tak trochę chociaż. No ale, z racji chęci zrealizowania naszych marzeń i przeniesienia się bliżej Rudy Śląskiej, obydwoje szukamy pracy w Polsce. Łatwe to nie będzie, bo John będzie studentem i chyba pracy jako tako oficjalnie podejmować się może, ale ja szukam. I chyba w Krakowie, bo tam nam będzie najbliżej do Śląska. Więc jakby ktoś coś słyszał o jakiś ofertach dla angielskojęzycznego pielęgniarza i polsko-angielkojęzycznej psycholog dajcie znać. A najlepiej jakbyście słyszeli, że ktoś może zasponsorować studia pewnego Ghańczyka. W sensie studia będą, ale kasę na utrzymanie. W jakiejkolwiek sytuacji piszcie. Czyżby kierunek Polska?....